Masakra z Bananem naokolo Bielska
IMG_2029.jpg IMG_2040.jpg IMG_2042.jpg IMG_2045.jpg IMG_2048.jpg IMG_2051.jpg
IMG_2052.jpg IMG_2053.jpg IMG_2061.jpg IMG_2062.jpg IMG_2065.jpg IMG_2067.jpg
IMG_2069.jpg IMG_2072.jpg IMG_2076.jpg IMG_2078.jpg IMG_2080.jpg IMG_2082.jpg
IMG_2083.jpg IMG_2089.jpg IMG_2090.jpg IMG_2092.jpg IMG_2099.jpg IMG_2111.jpg
IMG_2112.jpg IMG_2113.jpg IMG_2117.jpg IMG_2118.jpg IMG_2119.jpg IMG_2120.jpg
IMG_2127.jpg IMG_2130.jpg IMG_2135.jpg IMG_2136.jpg IMG_2137.jpg IMG_2139.jpg
IMG_2141.jpg IMG_2142.jpg IMG_2143.jpg      
Ten wyjazd zapadnie nam w amiec ze wzgledu na wiatrolomy w masywie Baraniej Gory. Oto dlugachny opis: Wybralismy sie z Bananem na weekendowa rowerowa eksploracje okolic Szczyrku. Czyli standardowo sobota rano PKP do Bielska, stamtad juz rowerkami Szyndzielnia, potem Klimczok, zjazd do Szczyrku. Dalej wyciagiem na Skrzyczne. Do tej pory bylo pieknie. Owszem upaly ponad 30 stopni dawaly sie we znaki, ale czego sie nie robi zeby przezyc upojny weekend. Nastapil moment docelowy czyli wjazd na barania Gore. Trasa lekka latwa i przyjemna. Do Malinowskiej skaly, a w zasadzie do zjazdu za nia bylo fantastycznie. I niespodziewanie zaczely sie wiatrolomy. Jako ze w schronisku na Skrzycznem obsluga poinformowala nas ze bedzie troche noszenia, ale bez sensacji - uznalismy to za "norme" i dawaj przeskakiwac przez polamaane drzewa. Z poczatku bylo znosnie. Po chwili jednak trzeba bylo juz zboczyc z zielonego szlaku aby ominac stos wiatrolomow. Na wzniesieniu zrobilismy ostatni postoj przed przedzieraniem sie. Droga niestety nie byla zbyt klarowna, wiec ja poszedlem w prawo sadzac ze latwiej bedzie w tym kierunku, a Banan w strone odwrotna - mielismy spotkac sie na Baraniej. I tu zaczyna sie dramat ;) Po "przejsciu" kilkunastu metrow bylem pewny na 100% ze przejsc sie nie da. Jesli ktos nie byl w "prawdziwym" wiatrolomie, ten nie zrozumie sutuacji. Otoz przedzieramy sie przez zwaly powalonych konarow, do tego dochodza setki wystajacych mniejszych i wiekszych galazek z sypiacymi sie jak deszcz suchymi iglami, czesc z nich jest polamana i wyrastaja zdradzieckie ostre koncowki. Momentami wydaje sie ze jest twarde podloze, ale to tylko warstwa iglastych galezi, ktore pekaja pod ciezarem stopy. I jeszcze postawione w poprzek systemy korzeniowe - wysokie nieraz na dwa metry, pod wplywem suszy dosc latwo sypiace sie i pekajace. Po chwili zaszedlem na tyle gleboko, ze powrot stal sie niemozliwy. Moze, moze gdybym byl na pieszo daloby rade. Ale wspinanie sie z powrotem po 2-metrowych zwalach wiatlolomowych z rowerem to zadanie dla Herkulesa. Bylo po godz. 16 wiec do zmroku jeszcze ponad 4 godziny. Dobra nasza, nie wpadajmyw panike. Jeszcze jest czas. Probuje brnac dalej, ale im dalej tym gorsze niespodzianki. Po kilkudziesieciu minutach jestem doslownie w srodku tego balaganu. W bidonie ostatnie dwie szklanki wody. Zaczynam sie denerwowac. Z coraz to nastepna przeszkoda rower staje sie ciezszy, miesnie rak zaczynaja drzec. Co chwile musze "spadac" z wiatrolomu w mini-przepasc, ciezko jest stawiac z gory rower na ziemi, bezsilny zrzucma go w dol i zeskakuje za nim. Nogi sa juz na maksa porysowane i zakrawaione wystajacymi kawalkami konarow, przedramiona to samo. Po poltorej godziny mam juz dosc, ale widze ze zblizam sie do kocna wiatrolomu i wchodze w niepolamany las na zboczu. Szybka mysl - Banan juz pewnie jest na Baraniej, w takim razie spotkamy sie gdzies na dole na szosie, sprobuje przejechac tym lasem totalnie XC az znajde jakas szose. Pierwsze 200 m zbiegam dochodzac do jednego z licznych strumieni... potem jeszcze nizej... i okazuje sie, ze zaczynaja sie srodlesne wiatrolomy wzdluz strumieni. Absolutnie nie do przejscia, gesto polozone konary... nie ma szans. No to jestem udupiony! Z tylu sciana drzew nie do przejscie, przede mna to samo. Do zmroku 2 godziny. Napelniam bidon woda ze strumyka, odpoczywam kilka minut aby uspokoic drzenie miesni z zastanawiam sie nad noclegiem w lesie. OK, ale to jest ostatecznosc. Proba powrtou i znalezienia drogi wyjscie. Widze, ze po skosie w kierunku do szczytu wzniesienia widac niebo - moze tam uda sie obejsc wiatrolomy i dotrzec do szlaku, ktorym przybylismy. Zaczyna sie droga z powrotem pod gore. Las dziki, "drzewa umieraja stojac", niemalze matecznik. Zewszad wystajace korzenie, galezie i niska roslinnosc zaczepia o pedaly, o kola. W tej sytuacji nawet delikatny opor czuje w kazdy miesniu. Puls chyba maksymalny, krok za krokiem pne sie pod gore. Kilak razy noga uslizguje sie, kilka razy padam wrecz na plecy przytloczony rowerem. To juz jest prawie panika. Po jakims czasie jestem na granicy wycienczenia fizycznego, ale widze ze szczyt wznieseinia coraz blizej. W koncu docieram do okolic szlaku zielonego, przedzieram sie resztka sil i wracam do punktu wyjscia czyli poczatkow wiatrlomow. Jesem uratowany! Ale to nie koniec ;). Telefon od Banana. Okazal sie, ze wbrew mym oczekiwaniom, znalazl sie w identycznej sytuacji. Twierdzi ze poddaje sie i nocuje w lesie. Ja juz chce jechac do najbliszej "cywilizacji" i czekac na niego do jutrzejszego ranka. Ale okazuje sie, ze jest blisko - krzyczy i slysze jego glos niesiony echem. Podtrzymuje go na duchu zeby sie nie zalamywal. Umawiamy sie na teleofn za pol godziny. Zostawiam rower przy szlaku i na pieszo przedzieram sie przez w-lomy w jego kierunku. Po jakims czaise juz wiem gdzie jest - glos slychac, ale to zludzenie. Jak na te warunki jest BARDZO daleko ;) Postanawiam jednak czekac na niego, nawet kosztem wspolnej nocy w lesie. Po nastepnym telefonie Banan twierdzi ze nie da rady przedrzec sie z rowerem. Krok po kroku zblizam sie w jego kierunku. Spotykamy sie na godzinie przed zmrokiem i wspolnymi silami przeciagamy jego rower w kierunku do wyjscia z "zasadzki". Banan jest w podobnym stanie, podrapany, z rozdartym plecakiem, rower tez poniszczony. Oczywiscie to nie koniec atrakcji ;) Wypijamy ostatnie krople wody, po chwili odpoczynku ruszamy w kierunku do Malinowskiej Skaly aby zjechac do Salmopolu. Nieszczescie chodza parami, na zjezdzie wystajacy konar urywa mi wentyl w kole. W momencie wymiany detki zapada ciemnosc, w oddali pojawiaaj sie blyski burzy. Banan w miedzyczasie informuje dom ze wycieczka udana, ze juz mamy kwatere, sciemnianie na maksa. Najblizszy podjazd - a w zasadzie podejcise - daje sie nam we znaki, pod nogami luzne kamienie, wszystko to obsuwa sie, krok za kroekiem pniemy sie pod gore. Wreszcie jest! Szlak w dol, do Salmopolu 1,5 h - dobrze wiemy ze dla nas to bedzie wiecej, bo nie dosc ze zmeczeni, to bedziemy szli na pieszo z obciazeniem rowerow. Robi sie naprawde ciemno, jako ze las, a naszym jedynym oswietleniem jest tylnia diodowa czerwona lampeczka ;) Najbardziej doskwiera brak wody, jestesmy wyschnieci jak wiory. W tych ciemnosciach dosc szybko gubimy szlak. W oddali widac juz swiatla jakich zabudowan. W pewnym momencie skrecamy w lewa odnoge w dol drogi wierzac ze prowadzi do "cywilizacji". Nie ma lekko, okazuje sie ze to slepa droga. Wracamy do poprzedniej i znowu w dol. Przed polnoca docieramy do pierwszych zabudowan, potem coraz nizej - ladujemy w Wisle Malince. Ostatni kawalek drogi probujemy jechac, lecz w lesie jest tak ciemno ze nie widac nawet gdzie prowadzi droga. Wreszcie zacyzna sie asfalt, teraz juz szybkjo zjezdzamy i dokujemy sie w pierwszej-lepszej kwaterze, dokladnie o polnocy ostatni posilek (akurat odbywala sie tam impreza z potancowka i kuchnia jeszcze dzialala) i padamy na legowiska.


Generated with Arles Image Web Page Creator